Nanilja

Nanilja

Nanilja

Na dryfującej w przestworzach wyspie Nanilja znajdowało się niewielkie królestwo. Wszyscy mieszkańcy pracowali na terenie olbrzymiego zamku, a rządy od niedawna sprawował młody i mądry władca Kleo. Każdego dnia w zamian za wykonaną pracę poddani otrzymywali suto zastawione stoły oraz ciepłe, bezpieczne mieszkanie. Każda wykonana praca była niezwykle ważna, a dzieci dziedzicząc fach po swoich rodzicach zapewniały ciągłość panującego w królestwie ładu. Wszystko wyglądało idealnie, kucharze gotowali, praczki prały, a żołnierze zapewniali bezpieczeństwo. Jednak ten zaprowadzony od wieków porządek nie podobał się Kleo. Czegoś mu brakowało.

Władca godzinami przesiadywał przed zamkiem, patrząc w dal na ciągnące się w nieskończoność, dziwne tory kolejowe. Marzył o wybudowaniu pojazdu, który będzie w stanie przemierzyć wyznaczoną przez tory trasę. Intuicja podpowiadała mu, że droga prowadzi aż na sam koniuszek wyspy, na który nikt do tej pory jeszcze nie dotarł. Rozpierała go chęć poznania świata. Król dniami i nocami szkicował, obliczał, planował i medytował aby obmyślić idealne rozwiązanie. Zajęło mu to cały rok. Gdy skończył, zwołał wszystkich poddanych na dziedziniec i uroczyście ogłosił:

– Wiem, że od wieków każda rodzina ma nadany fach, który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Myślę, że najwyższy czas to zmienić. Jutro każdy może przyjść do takiej pracy, jaką chciałby wykonywać. Żołnierz może jutro pracować w kuchni, a kucharz na polu walki, sprzątaczka może uprawiać pomidory, a krawcowa stanąć na wieczornej estradzie teatralnej. Dam wam trzy miesiące na wybór zawodu, a później – tu zatrzymał się na chwilę wpatrując się w przerażone twarze poddanych – a później razem ocenimy rezultaty zmiany – dokończył pragnąc dodać im trochę otuchy.

Większość ludzi przestraszyła się nowego dekretu i zaczęli szemrać po cichu między sobą.

– Co mu się nie podoba w naszej pracy? Za chwilę pewnie zacznie nas z niej rozliczać.

– Rozliczać albo karać za błędy. W końcu sami sobie wybieramy pracę to powinniśmy wykonywać ją dobrze.

– Po co coś zmieniać skoro wszystko tak dobrze działa?

– Zobaczycie to będzie totalna katastrofa, on nie ma pojęcia co robi.

– Nie mam zamiaru nic zmieniać, przychodzę jutro do pracy tam gdzie zawsze!

Młody król nie przejął się jednak napiętą atmosferą wśród poddanych. Postanowił cierpliwie poczekać na rezultaty. „Czas jest najlepszym sprzymierzeńcem przy wprowadzaniu reform” pomyślał uśmiechając się sam do siebie.

Nazajutrz wszyscy ruszyli do swoich starych zajęć, nie mając odwagi na zmianę. Wszyscy oprócz jednej młodej tancerki Linki, która od dawna pragnęła rozpalać ogień ogrzewający wszystkie pokoje w zamku. Uwielbiała jego ciepły kolor, tańczące do góry płomyki i przyjemne ciepło rozchodzące się we wszystkich kierunkach. Ku wielkiemu zdziwieniu palaczy, tancerka zwiewnym krokiem tanecznym, nucąc pod nosem walczyk, raz po raz przenosiła do wielkiego kominka spore kłody drewna. Zrezygnowała z  jazdy taczkami gdyż te nie pozwalały jej na swobodny taniec z kawałkiem drewna. Tam poczuła się wolna i szczęśliwa, a wszyscy patrząc na nią wzruszali tylko ramionami.

Kleo natomiast codziennie przemierzał cały teren zamku i notował wszystkie najdrobniejsze zmiany. Widok tancerki rozpalającej piec napawał go nadzieją, że jej przykład posłuży jako iskra zapalna dla pozostałych do poszukiwania własnej pasji. Nie mylił się gdyż po tygodniu cały zamek huczał już od plotek o dziwnej tancerce pracującej w kotłowni i ośmieleni jej przykładem, kolejni ludzie zaczynali swoją przygodę z wymarzonym zawodem. Oczywiście nie wszyscy od razu odnajdowali się w nowej roli, a niektórzy powracali do starych zajęć doceniając je teraz bardziej. Jedno było pewne, że rezultaty maleńkiej rewolucji młodego króla były niezwykłe. Ludzie stali się szczęśliwsi, jedzenie smaczniejsze, plony obfitsze, a ubrania skrojone na miarę były wygodne jak nigdy.

Nikt jednak nie wiedział o tym, że król po całym dniu spędzonym na monitorowaniu zmian, nocami, po kryjomu uczył się magii. Zamieniał przedmioty i uczył się nadawać im życie. Jego plan powoli realizował się tak jak sobie go zakreślił parę miesięcy wcześniej. Niczego nieświadomi mieszkańcy, zadowoleni z wprowadzonej zmiany nabrali do niego zaufania i obdarzali należytym szacunkiem. Po ciężkich, nieprzespanych nocach Kleo często schodził do kotłowni aby odpocząć przy tańczącej z ogniem Lince. Tylko tam potrafił przez chwilę zapomnieć o wszystkim i odpocząć od natrętnych myśli, które pchały go ciągle bez wytchnienia do przodu.

W końcu nadszedł upragniony przez Kleo dzień. Zaprosił na wielki bankiet wszystkich mieszkańców zamku. Po uroczystej kolacji gdy przyszła pora na taniec, władca stanął pośrodku swoich poddanych i rzucił na nich czar. W jednej chwili dziedziniec pełen ludzi opustoszał, a w ich miejsce pojawił się ogromny parowóz z maszynistą w środku. Każdy dostał zadanie podobne do wykonywanego zawodu, Linka zamieniła się w ogień, żołnierze tworzyli szkielet lokomotywy, rolnicy w napędzający silnik, krawcowe i sprzątaczki w nietuzinkowy wystrój, a zespół muzyków w grający cichą melodię gramofon.

– Nic się nie bójcie! Jedziemy tylko na krótką przejażdżkę! Jeżeli jesteście ciekawi świata to w drogę! – krzyknął maszynista Kleo i dwie łopaty zaczęły automatycznie wrzucać węgiel do pieca.

Z komina wydobył się głośny gwizd i ogromny pojazd zaczął powoli toczyć się w kierunku torów. Poddani byli zszokowani tym co się właśnie wydarzyło, ale postanowili zaufać swojemu władcy. Mogli swobodnie komunikować się ze sobą, ale nie mieli wpływu na swoją postać.

– Odczarujesz nas później królu? – pytali wszyscy zgodnym chórem.

– Oczywiście! Po co mi poddani z żelaza? Pragnę zobaczyć koniec naszej planety, pragnę zobaczyć jak wygląda świat poza naszym zamkiem i chcę go zobaczyć razem z wami – odparł szczęśliwy Kleo.

Parowóz wtoczył się lekko na tory i pomknął w ciemność drogą wytyczoną przez nie. Niebo rozświetlały cztery jasne planety znajdujące się nieopodal dryfującej wyspy. Przemierzali lasy, pustkowia, mijali jeziora spoglądając bacznie przed siebie w poszukiwaniu końca drogi.

O świcie, gdy zrobiło się już zupełnie jasno Kleo zobaczył przed sobą urwisko i uśmiechnął się szeroko. Rozkazał łopatom aby nie dodawały już węgla do pieca i czekał na spotkanie z urwiskiem z zamkniętymi oczami. Wszyscy w przerażeniu zaczęli krzyczeć aby maszynista pociągnął za hamulec, ale krzyk okazał się bezskuteczny. Król stał niewzruszenie czekając na zakończenie torów.

Gdy lokomotywa straciła grunt pod kołami i zaczęła staczać się w otchłań Kleo rzucił kolejny czar, którym wszystkich przemienił w ogromne ptaki potrafiące przemierzać wielkie odległości w przestworzach.

– Zobaczcie ile wokół nas jest takich samotnie dryfujących wysp! Lećcie, na którą chcecie. Możecie je zwiedzić albo nawet zasiedlić, bo gdy dotkniecie lądu powrócicie do swojej dawnej postaci, a gdy skoczycie w przepaść zamienicie się z powrotem w ptaki i będziecie mogli wrócić do zamku. Do zobaczenia niebawem moi mili poddani – obwieścił Kleo odlatując na największą wyspę, którą wypatrzył niegdyś na niebie jako mały chłopczyk.

Znalazł na niej małą, starą chatkę, a w niej starca, który przekazał mu spisywaną od wieków księgę mądrości wszystkich ludzi zamieszkujących galaktykę. Królestwo Kleo powiększyło się o dziesięć nowych wysp, a poddani mogli sami wybierać, na której wyspie chcą zamieszkać. On sam planował kolejną wielką podróż, ale jedno nie zmieniło się nigdy. Codziennie gdy Kleo pragnął odpocząć, schodził do kotłowni gdzie tańczył ogień razem z Linką, tam czuł się jak w domu.

©2017 Ewelina Mazurek


Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *