Iskierka

Iskierka

Iskierka

Na dalekim wschodzie w niewielkim miasteczku mieszkała siedmioosobowa rodzina. Najmłodsza, pięcioletnia córka Zahrah obudziła się tego dnia bardzo podekscytowana. Wstała szybko z łóżka i pobiegła ile sił w nogach do starszego o rok brata.

– Wstawaj, wstawaj! Miałam niezwykły sen! Wiem już co trzeba zrobić aby w naszym miasteczku na nowo zagościła radość!

– Fascynujące – odburknął zaspany Jozef.

– Naprawdę! Widziałam we śnie szczęśliwe miasteczko, a mieszkająca w nim, tajemnicza staruszka posadziła mnie obok siebie na ławce i zdradziła bardzo ważny sekret – opowiadała z przejęciem dziewczynka tak, że aż Jozef usiadł zaciekawiony na łóżeczku wpatrując się w uśmiechniętą siostrę.

Uśmiech był rzadkim gościem w ich domu, wokół panowała wojna domowa, trójka starszych braci służyła dowódcy, który sterroryzował wraz ze swoimi sługusami całe miasteczko. Po całodniowych treningach polowych, młodzieńcy wieczorami wracali do domu aby położyć się i spróbować zapomnieć o wszystkim co ich spotkało. Zahrah często siedziała przy ich łóżkach w nocy i wycierała zmęczone, spocone twarze. Niestety nawet sny nie dawały im ukojenia, przynosząc ze sobą nieprzyjemne wspomnienia z morderczych treningów. Bracia często budzili się w nocy z krzykiem po czym uspokojeni obecnością młodszej siostry usypiali ponownie.

– Jaką tajemnicę zdradziła ci ta staruszka? – zapytał zniecierpliwiony Jozef.

Dziewczynka pochyliła się i wyszeptała mu do ucha parę słów tak żeby nikt nie usłyszał. Jozef spojrzał na nią zdziwiony.

– Chyba oszalałaś?!

– Nie, mówię zupełnie poważnie i nie możesz zostawić mnie tam samej, chodź! – powiedziała stanowczym tonem i ruszyła do kuchni.

Starsi bracia jedli w pośpiechu śniadanie aby przypadkiem nie spóźnić się na zbiórkę, a Zahrah jedząc powoli bacznie się im przyglądała. Wzrok wlepiony mieli w talerze, nikt do nikogo się nie odzywał, tylko blizny i rany na ciele wołały o pomoc.

Wszyscy jak na komendę skończyli, wstali od stołu i ruszyli do wyjścia. Każdego dnia matka z ojcem próżno czekali na gest pożegnania i powitania. Trójka dorosłych już młodzieńców przypominała żywe zjawy chodzące bez celu po świecie.

Zahrah i Jozef zerwali się od stołu i popędzili za starszymi braćmi, którzy nie zauważyli małych szpiegów podążających ich śladem. Szli w milczeniu bez nadziei na zmianę.

Dowódca czekał już na miejscu zbiórki, z mocno zmarszczonym czołem i grymasem twarzy, który odstraszał wszystkie żywe stworzenia. Zmarszczki lekko wygładziły się w momencie gdy zauważył dwie maleńkie, niepasujące do otoczenia osóbki na żołnierskiej zbiórce.

– A wy co tutaj robicie?! – krzyknął oburzony

Zahrah jednak nie bała się go i odpowiedziała głośno, bez zająknięcia.

– Chcieliśmy się zapisać jako ochotnicy aby służyć w armii. Chcemy być tacy jak nasi starsi bracia!

Dowódca roześmiał się ochrypłym głosem, a w ślad za nim bezmyślnie roześmiali się jego czciciele przyprawiając o ciarki wszystkich zgromadzonych żołnierzy.

– A cóż taka mała dziewczynka jak ty może zdziałać w armii?? – zapytał lekceważąco.

– Będę trenować sumiennie tak jak wszyscy i gdy już dorosnę stanę się dobrze wytrenowaną wojowniczką – skłamała Zahrah by przekonać do siebie dowódcę.

– Zobaczymy jak wam pójdzie. Jeżeli będziecie się ociągać i nie będziecie mnie słuchać, pożałujecie tego – roześmiał się złowieszczo po czym zarządził bieg terenowy z przeszkodami.

Zaharah i Jozef trzymali się razem pomagając sobie nawzajem, a że byli mali i zwinni bardzo łatwo pokonywali kolejne przeszkody stojące na drodze. Po zakończeniu całej trasy z radością rzucili się sobie w objęcia co wywołało ogromne zniesmaczenie na twarzy dowódcy.

– To nie jest plac zabaw! Tutaj nie ma miejsca na śmiechy i uściski! – krzyknął w ich stronę.

– Nie zgadzam się – odparła odważnie Zahrah a wszyscy zamarli czekając na reakcję dowódcy.

Ten tylko roześmiał się i powiedział z nieskrywanym uznaniem.

– Podoba mi się twoja odwaga, ale trzeba ją trochę ukrócić – złapał za swój pas po czym ruszył w kierunku dziewczynki aby wymierzyć jej karę.

Nie mógł pozwolić na śmiech i radość wśród poddanych sobie żołnierzy. Wszyscy widząc jak ogromny, umięśniony mężczyzna ruszył w kierunku małej bezbronnej dziewczynki zamarli. Zahrah zamknęła oczy i zaczęła się po cichutku modlić nie ruszając się z miejsca ani o krok. Gdy dowódca podszedł do niej i miał już wymierzyć pierwszy cios, nagle z lasu wyleciała ogromna biała sowa, która rzuciła się na niego szarpiąc go szponami i dziobiąc po głowie. Na nic zdawała się nieporadna obrona i krzyki z prośbą o pomoc. Wszyscy stali jak zahipnotyzowani patrząc z przerażaniem jak ogromne ptaszysko bez problemu pokonuje okrutnego dowódcę.

Iskierka

W tym dniu musztra skończyła się wyjątkowo wcześnie, a wściekły, pokonany dowódca ruszył do swojego domu złorzecząc wszystkim żołnierzom.

– Jutro mnie popamiętacie! A was nie chcę więcej widzieć na zbiórce, małe paskudy!– wykrzykiwał odchodząc aby opatrzeć rany.

Zdziwiona Zahrah spojrzała na Jozefa, który zebrał z ziemi wszystkie białe pióra pozostawione przez sowę. Wręczył je siostrze, a ta odruchowo podniosła je do twarzy aby poczuć ich zapach. Był słodki, pełen aromatycznych przypraw korzennych, dokładnie taki sam jaki zapamiętała ze swojego snu. Już miała o tym powiedzieć Jozefowi kiedy podeszli do nich starsi bracia i zaczęli krzyczeć.

– Po co tu przyłaziliście?! Przez was teraz dopiero będziemy mieli straszne treningi! On się na nas zemści – krzyczeli ze strachu, jeden przez drugiego nie zauważając ogromnej odwagi  swojej młodszej siostry i brata.

– Spokojnie, nie zostawimy was tutaj samych – odpowiedziała ze łzami w oczach dziewczynka.

Najstarszy brat Kain, machnął na nią ręką z dezaprobatą jakby chcąc jej pokazać, że nie ma zamiaru słuchać małej smarkuli, odwrócił się i ruszył w stronę domu. Za jego przykładem poszli dwaj młodzieńcy zostawiając dzieci same na placu treningowym.

– Co to była za sowa? Skąd ona się tutaj wzięła?

– Nie wiem, ale jej zapach przypomina mi zapach staruszki ze snu, która obiecała mi, że nie stanie nam się żadna krzywda. Tylko co mamy robić dalej?

– Teraz kiedy mamy takiego obrońcę, nie możemy się poddać! Może w końcu młodzi żołnierze zobaczą, że dowódcę z jego bandą można pokonać. Musimy im tylko dać nadzieję, że zwycięstwo jest możliwe! – powiedział z przekonaniem Jozef.

– Będziemy taką małą iskierką, od której zapala się wielkie ognisko – uśmiechnęła się Zahrah.

– Dokładnie tak siostrzyczko – odparł Jozef czując dziwny grymas na swojej twarzy, który mógł przypominać coś na kształt uśmiechu. „Całkiem przyjemne uczucie” pomyślał chwytając młodszą siostrę za rękę aby zaprowadzić ją bezpiecznie do domu.

W nocy Zahrah wraz z Jozefem siedzieli na kolanach staruszki wsłuchując się w jej miły, dźwięczny głos, wdychając przy tym przyjemny korzenny zapach. Odpoczywali przed kolejnym dniem, w którym mieli wykazać się ogromną odwagą.

– Nie bójcie się moje dzieci, cały czas będę nad wami czuwać – usłyszeli nad ranem zaraz przed obudzeniem.

Dzisiaj Zahrah z Jozefem musieli wymknąć się z domu przez okno i uważać na ciągle obracających się starszych braci, którzy pilnowali aby mali szpiedzy nie poszli za nimi.

Dowódca na zbiórce pojawił się jako ostatni, świecąc ranami z dumnie uniesioną twarzą co najmniej jakby był jakimś niepokonanym weteranem wojennym, który wykazał się niezwykłym bohaterstwem na polu walki. Jego mina nieco zrzedła gdy na zbiórce zobaczył dwie małe, znienawidzone osóbki.

– Widzę, że życie wam niemiłe i nie macie zamiaru się poddać?! – krzyknął oburzony.

– Żołnierz nigdy nie może się poddać – odparła mimowolnie Zahrah wywołując nieprzyjemny grymas na twarzy dowódcy.

– Dobrze, dzisiaj dam wam wycisk! A jeżeli myślicie, że ten biały ptaszor znowu was uratuje to jesteście w błędzie! Jestem na niego przygotowany – pokazał z dumą karabin wywołując szyderczy śmiech swoich wiernych koleżków.

– Zaczynamy! biegi na czas ze strzelaniem do pojawiających się znienacka celów.

Jak na komendę wszyscy ruszyli bojąc się ponieść karę. Żołnierze instynktownie wiedzieli, że dzisiejsza chłosta będzie wyjątkowo okrutna. Jednak dowódca miał już upatrzony cel. Był nim maleńki Jozef, który ze wszystkich sił starał się pomagać siostrze. Po pierwszym celnym strzale tak się ucieszył, że aż krzyknął ze szczęścia, a dowódca tylko na to czekał. Zatrzymał wszystkich aby byli świadkami kary jaką ponosi się za radość i pomoc w jego obozie. Dzieci instynktownie zamknęły oczy jakby chciały przenieść się w magiczny sposób w przyjemne bezpieczne miejsce.

Tak też się stało. Z lasu nadleciał ogromny biały puchacz, który złapał ich delikatnie za ubrania, a dowódca w tym czasie sięgnął po swój karabin. Nie rozumiał dlaczego wszystkie wystrzelone pociski w niewyjaśniony sposób omijały wielkiego ptaka spadając bezwładnie na ziemię. Sowa przeniosła dzieci na bezpieczną odległość i rzuciła się po raz kolejny na dowódcę, który tym razem nie potrafił dzielnie ustać w miejscu aby stanąć do walki. Uciekając przysięgał, że już nigdy nie będzie próbował wymierzyć kary dzieciom, ale dla sowy to było zbyt mało. Odwróciła się do młodych żołnierzy patrząc na nich z nadzieją w oczach jakby zachęcała ich by stanęli z nią do walki. Najstarszy Kain zrozumiał jej przesłanie, krzyknął głośno do swoich kolegów aby rzucili się wraz z nim do walki.

Nie była to długa ani trudna batalia, ponieważ dowódca wraz ze swą świtą w pośpiechu uciekli z miasteczka nie mając odwagi przeciwstawić się młodej, dobrze wyszkolonej armii z białą sową na czele.

Od tej pory Kain został mianowany nowym dowódcą, który trenował jedynie żołnierzy ochotników. Władza została oddana burmistrzowi, a życie w mieście powoli wracało do normy dając małą iskierkę nadziei innym zniewolonym miasteczkom.

Po wygranej walce sowa zabrała Zahrę wraz z Jozefem na grzbiet aby pokazać im piękny świat, który ich otacza. Piękno przyrody zrobiło na dzieciach ogromne wrażenie wypełniając ich serca ogromną chęcią do życia. Po wycieczce udała się do lasu i nikt nigdy więcej jej już nie zobaczył.

Gdy pewnego dnia Zahrah wraz z Jozefem i mamą oglądali stary rodzinny album. Dzieci zobaczyły w nim starszą panią ze swoich snów.

– Kto to jest mamo? – zapytała zaskoczona dziewczynka.

– To jest wasza babcia, a moja mama. Niestety nie udało wam się jej poznać, ponieważ umarła przed waszym urodzeniem. Ale wiecie co? Ona też była taka dzielna i odważna jak wy. Nigdy nie bała się stanąć w obronie słabszych. Niestety musiała zapłacić za to bardzo wysoką cenę.

Jozef i Zahrah spojrzeli na siebie zdziwieni.

– Chyba gdzieś ją już widziałem – powiedział Jozef lekko się uśmiechając, ale nie zdradził mamie sekretu nocnych spotkań.

W tą noc dzieci również spotkały babcię na tej samej ławce co zwykle.

– Dziękujemy ci babciu! Czemu nie powiedziałaś nam, że to ty? – dziewczynka rzuciła się w ramiona babci, a ta ze łzami w oczach odparła.

– Jestem z was taka dumna! Wasza odwaga uratowała ludzi z całego miasteczka i nie tylko!

– Nie nasza odwaga tylko twoja, babciu! – Zahrah przytuliła się mocno do grubego, białego, pachnącego swetra.

– A czemu wybrałaś sowę? – spytał ciekawski Jozef.

Babcia zaczęła się śmiać.

– A to, niech pozostanie już moją słodką tajemnicą.

 

©2017 Ewelina Mazurek

 


Zobacz również:

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *